Endangered Primate Rescue Center Wstecz Lone Pine Koala Sanctuary Dalej Moholoholo

Endangered Primate Rescue Center

Endangered Primate Rescue Center, Cuc Phuong National Park, Wietnam

Jadąc do Wietnamu na wolontariat w ośrodku dla naczelnych – Endangered Primate Rescue Center nie miałam zbyt wielkich oczekiwań. Zależało mi, żeby poznać, moim zdaniem najpiękniejsze małpki na świecie, duki wspaniałe. Tymczasem był to jeden z najfajniejszych wolontariatów, na jakich byłam. Mimo, iż myślałam, że nie będę miała bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami, miałam go całkiem sporo. Pracownicy ośrodka byli mega mili, a dzięki Eco (szefowej opiekunów zwierząt) bardzo dużo się nauczyłam.

Każdego dnia Eco przydzielała mnie do opiekuna zwierząt, któremu miałam pomagać. Czasami tylko przy danym zadaniu, czasami przez cały dzień. Sprzątałam klatki małp, wiązałam liście, które potem zawiązywałam wewnątrz klatek, przygotowywałam jedzenie dla gibonów i je roznosiłam; myłam, reparowałam i robiłam zabawki oraz enrichment dla zwierząt. Pomagałam także zajmować się maluchami: osieroconymi gibońcami Milo i Xue Xich i żyjącymi na quasi wolności dukami szaronogimi. Te drugie chodziliśmy karmić raz dziennie. Uwielbiałam, kiedy wypadała moja kolej.  Dawałam im z ręki kawałki słodkich ziemniaków. Bardzo pokochałam także Milo i Xue Xich. Początkowo pomagałam opiekunowi je niańczyć, potem już zostawiano mnie samą z nimi, zaczęłam także je karmić mleczkiem z butelki.

Kochałam moje maleństwa. Xue Xich zawsze musiała być w centrum uwagi i kochała każdego. Kiedy byłam razem z opiekunem, skakała na drzewo, na mnie, na opiekuna, żeby każdy był szczęśliwy. Kilka miesięcy młodsza Milo była inna, ona jak tylko mogła się bawić na drzewie, hasała aż się zmęczyła. Dopiero wtedy przybiegała do mnie na rączki. Milo była nieśmiała w stosunku do wielu opiekunów, ale mnie bardzo pokochała. Czasami łapeczką głaskała mnie po pleckach. Mój słodziuszek.

W czasie mojego pobytu do ośrodka trafiły jeszcze dwa młode gibony: Pilla i Palle, którymi także pomagałam się opiekować. Z pozostałymi gibonami nie mieliśmy bezpośredniego kontaktu. Kiedy wchodziliśmy, żeby posprzątać ich klatki czy dać jedzonko, małpy musiały być zamykane w innej części. Były jeszcze dwa gibony żyjące na quasi wolności.

Trochę inaczej wyglądała praca z lutungami i dukami. Ich nie musieliśmy nigdzie zamykać, po prostu wchodziliśmy do klatek, a one sobie biegały obok nas. Sprzątając ich klatki, albo karmiąc je, mogłam się na nie napatrzeć. Czasem nawet podbiegały i zaczynały jeść liście z gałęzi, którą akurat wiązałam. Najbardziej lubiłam sprzątać w „małpim przedszkolu”, bo jak szybko się uwinęłam, mogłam jeszcze parę chwil spędzić z małpkami. Te czas były przekochane. Najbardziej zżyłam się z Vietem, dukiem szaronogim. Małpka ta pokochała mnie od pierwszego wejrzenia. Jak tylko wchodziłam do klatki, Viet wskakiwał mi na plecy, albo w ramiona, żebym go utuliła.

Z czasem Eko zaczęła po mnie zachodzić wieczorem, żebyśmy karmiły maleńkie duki wspaniałe Suzi, Nhata i Mickeya. Początkowo karmiłam tylko Nhata, potem całą trójkę. Chodziłyśmy też na obchód do kukangów. Przy okazji mogłam się dowiedzieć i nauczyć wielu ciekawych rzeczy. Za co jestem bardzo wdzięczna. Bardzo cenie sobie współpracę z weterynarzami, biologami, opiekunami zwierząt czy właścicielami ośrodka. Dzięki nim poszerzam swoją wiedzę, a nowe doświadczenia są bezcenne, bowiem mogę je wykorzystać w ośrodkach, gdzie pracują głównie wolontariusze.

Początkowo byłam jedyną wolontariuszką. Codziennie przychodziłam na 6.30 , sprzątaliśmy klatki duków, a potem ktoś podwoził mnie na skuterku do restauracji (jednej z dwóch w miasteczku), w której miałam wykupione śniadania. Tam czekał na mnie mój przyjaciel mały koteczek, który od razu wskakiwał mi na kolana i głośno mruczał. Śniadanie to była jedyna mało wietnamska rzecz, którą jadłam. Dostawałam bowiem bułkę z jajecznicą w środku i zieloną herbatkę. Dopiero po jakimś czasie przeniosłam się na zupkę Pho. Czasami przy śniadaniu towarzyszyli mi pracownicy ośrodka, a potem Rebecca – druga wolontariuszka, która przyjechała kilka tygodni po mnie. Po śniadaniu spacerkiem wracałyśmy do ośrodka. Potem pracowaliśmy do przerwy obiadowej, a dzień kończyliśmy przed 17.

Mimo, że większość pracowników nie znała ani słowa po angielsku czułam się częścią grupy.

Lan (jedna z opiekunek zwierząt) z dużym zaangażowaniem uczyła mnie najbardziej potrzebnych słów i zwrotów po wietnamsku. Co pomagało mi w prostej komunikacji. Ponieważ byłam dobrym pracownikiem (mój domysł), wszyscy chętnie ze mną pracowali. Czasami nawet prosili o mnie, co było niezwykle miłe.

Dwa razy dziennie siadaliśmy (pracownicy ośrodka i wolontariusze) w kręgu i wiązaliśmy liście. Uwielbiałam to zajęcie, bo było relaksujące. Do tego często było miłe, albo zabawne. Pracownicy czasem się wygłupiali, albo przynosili np. trzcinę cukrową, którą uwielbiam.  Najbardziej cieszyło mnie, to, że spędzałam dużo czasu wśród zwierząt. Sprzątając klatki lutangów, one były w środku, więc mogłam się na nie napatrzeć. Codziennie słyszałam śpiew gibonów. Mieszkałam w domku w lesie, jakieś pięć minut do ośrodka. Obiady i kolacje miałam wykupione w pobliskiej, leżącej na terenie parku restauracji. Mieściła się ona w przeciwnym kierunku do pierwszej, w której jadłam śniadania.

To był jeden z najlepszych wolontariatów, w których uczestniczyłam. 

O ośrodku

Położony w Wietnamie ośrodek dla zagrożonych naczelnych The Endangered Primate Rescue Center powstał w 1993 roku. Jego celem jest ratowanie, rehabilitacja, rozmnażanie, badanie i ochrona zagrożonych gatunków naczelnych żyjących w Wietnamie.

Obecnie w ośrodku żyje ok. 180 naczelnych reprezentujących 15 gatunków. Mieszkają w ponad 50 dużych klatkach, niektóre na quasi wolności w lesie (na 2 i 5 hektarach). Te obszary służą do przygotowania zwierząt do wypuszczenia ich w przyszłości na wolność.

Zwiedzanie

Ośrodek można zwiedzać, tylko z przewodnikiem.

 Wolontariat – wymagania/koszty

Nie trzeba mieć doświadczenia w pracy ze zwierzętami, żeby zostać wolontariuszem. Wystarczy entuzjazm i miłość do zwierząt oraz gotowość do pracy zespołowej. Więcej informacji na stronie:  http://www.eprc.asia/support-us/volunteer/

Warto też śledzić stronę na FB, bowiem czasem pojawiają się ogłoszenia o możliwościach odbyciu stażu lub specjalistycznym wolontariacie.

Każdy dzień wolontariatu jest trochę inny. Wolontariusz krótkoterminowy pomaga pracownikom ośrodka w przygotowaniu jedzenia, karmieniu zwierząt i sprzątaniu klatek, myciu czy reperowaniu zabawek oraz robieniu nowych. Długoterminowi wolontariusze po szkoleniu pracują samodzielnie.

Praca zaczyna się o 6.30 i kończy o 16.45. W tym czasie są dwie przerwy: 8 – 9 rano – śniadaniowa i 11.30-13.30 obiadowa. Wolontariusze mogą mieć wolne w weekendy.

Koszty są obliczane personalnie (w zależności od zakwaterowania, wyżywienia itd). Pracownicy ośrodka organizują zakwaterowanie i wyżywienie.

Kontakt:

info@eprc.asia

Strona ośrodka:

http://www.eprc.asia/

 

Galeria

  • 1 (2)
  • 1a
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15-1
  • 16
  • 19-1
  • 17
  • 18
  • 22
  • 21
  • 23
  • 24
  • 27
  • 29
  • 25
  • 30
  • 28
  • 26

Dodaj Komentarz