Dzień z życia opiekuna uratowanych małpek Wstecz Bezpieczeństwo na... Dalej Boksujące kangury

Dzień z życia opiekuna uratowanych małpek

Kiedy weszłam do klatki Franklin tradycyjnie wdrapał się na moją lewą rękę i owinął wokół niej ogonek. Po chwili na moje ramiona wskoczyła Tuli. Prim podbiegła się przywitać, a Ernie zwyczajowo polizał mnie po rzęsach. Piper jak zwykle miała ochotę na zabawę. Ale najpierw musiałam posprzątać w ich klatkach i je nakarmić. W końcu jako jedna z dwóch „matek zastępczych” tych osieroconych wyjców, musiałam o nie dbać.

Dzień zaczynał się wraz ze wschodem słońca. O 6.15 schodziłyśmy się do małpiego przedszkola. Ja i Kyla opiekowałyśmy się wspomnianą piątką wyjców jukatańskich. Wszystkie były w podobnym wieku z podobną przeszłością. Zabrane od mam z lasu, nielegalnie sprzedane, trafiły w ręce niekoniecznie dobrych ludzi. Ich właściciele nie potrafili zapewnić im właściwej opieki i warunków życia. Przykładowo Franklin trzymany był przez kilka miesięcy w małej klatce, w której ledwo mógł się ruszać. O skakaniu po drzewach nie było nawet mowy. Na szczęście, kiedy miał 8-miesięcy został uratowany. Kiedy trafił do ośrodka rehabilitacyjnego dla ssaków naczelnych Wildtracks w Belize, był wychudzony i odwodniony. Ledwo chodził. Kiedy poczuł się lepiej, dołączył do grupy czterech wyjców jukatańskich o podobnej przeszłości i wieku. I to właśnie tą grupką opiekowałam się podczas mojego wolontariatu.

Pięć razy dziennie przygotowywałyśmy im jedzenie (mleko, owoce, liście) i dokładnie sprzątałyśmy klatki.  Potem je karmiłyśmy. Kiedy Kyla (dziewczyna, z którą opiekowałam się wyjcami) miała dni wolne, wszystko robiłam sama. Początkowo karmienie w pojedynkę było dosyć trudne, bowiem wszystkie małpki chciały pić mleko na raz. Wyrywały mi strzykawkę, kiedy karmiłam innego malucha. Nawet Tuli, którą na ogół trzeba było namawiać na jedzenie, nagle pierwsza chciała pić swoje mleko. Po kilku karmieniach nauczyły się, że każda dostaje swoją porcję i grzecznie czekały. Franklin, jak tylko wchodziłam do klatki wskakiwał na moją lewą rękę i na ogół czekał spokojnie na swoją kolej. Jego karmiłam na siedząco, bo tak było mi wygodniej. Pozostałe na ogół siedziały na belkach i musiałam podnosić rękę do góry, żeby dać im mleko ze strzykawki. Każda małpka podczas jednego karmienia dostawała dwie strzykawki mleka.

Kiedy Kyla była ze mną na zmianę niańczyłyśmy małe. Ta, która akurat z nimi nie była, szorowała maty, jedną z klatek czy podłogę w przedszkolu. Ja niemal codziennie przygotowywałam moim maluchom tzw. enrichment (grę/zabawę). Np. zawijałam różne smakołyki (rodzynki, kwiatki, orzeszki ziemne) w liście bananowca. Potem wkładałam je do tekturowego pudełka, które wypełniałam kawałkami liści bananowca. To była jedna z ich ulubionych „zabawek”. Jak szalone wskakiwały na pudełko i wywracały całą jego zawartość na podłogę. Potem biegały wcinając liście bambusa. Tyli wydawała mi się najinteligentniejsza, bo „szorowała” nosem po podłodze i zjadała wszystkie ukryte smakołyki. Franklin mimo, że był przywódcą grupy początkowo zjadał same liście, ew. wyrywał orzeszki czy kwiatki innym małpkom z łapek, a niekiedy także mordek. Dopiero po jakimś czasie nauczył się, że w niektórych liściach ukryte są smakołyki.

Kiedy siedziałam z nimi, maluchy bawiły się między sobą, albo podbiegały do mnie. Franklin na ogół chciał się poprzytulać. To był taki mój „mamisynio”. Tuli świetnie sobie radziła sama, ale tylko kiedy z nimi siedziałam. Jak tylko chciałam wyjść, wskakiwała na moje barki i trzymała się kurczowo. Kiedy ją zostawiałam, zaczynała płakać. Piper najdłużej zajęło zaprzyjaźnienie się ze mną. Ale kiedy przełamałyśmy pierwsze lody, małpka stała się moja największą przyjaciółką. Uwielbiała się ze mną bawić. Ciągle mnie zaczepiała, podskakując, stając na dwóch łapach, wskakują mi na głowę. Przy tym była niezwykle delikatna. Kiedy bawiłam się z Franklinem musiałam chronić nos, bo w zabawie potrafił podgryzać. Ernie najczęściej chciał mnie lizać po rzęsach, albo się poprzytulać. Prim natomiast wskakiwała mi na głowę, kiedy miała ochotę na pieszczoty, albo się czegoś przestraszyła. Lubiła się też ze mną bawić.

Każda miała swoje stałe miejsce u mnie na głowie/ w ramionach. Franklin zajmował lewą rękę, Tuli barek, Prim łapała mnie za włosy, oplatając łapki wokół szyi, a Ernie i Piper umiejscawiały się na drugiej ręce i ramieniu. Jakoś wszystkie się mieściły😊

Około 17 zaczynałyśmy przygotowywać kolację. Jedna z nas zostawała, żeby nakarmić małpki także owocami – wkładałyśmy im je do buzi. Uwielbiałam to. Zwłaszcza na początku, kiedy wszystkie ładnie jadły. Oczywiście najwięcej zjadał Franklin.

Po jedzonku zostawałam jeszcze chwilę, żeby maluchy się uspokoiły i poszły spać. Jednak najtrudniejszym zadaniem było wyjście, bowiem jak tylko wstałam, Tuli do razu wskakiwała na mnie i nie chciała mnie puścić. Wtedy nawet zniżanie głowy do podłogi, czy wręcz położenie się nie działało. Wręcz przeciwnie, jak się kładłam, Tuli zamiast zejść ze mnie, kładła się na mojej klatce piersiowej albo na mnie siadała. Czasami zasypiała w moich ramionach i nie miałam serca jej zostawiać. No cóż , ale musiałam. W końcu następnego dnia punktualnie o 6.15 miałam wrócić.

Początkowo opiekun przebywał  z maluchami bez przerwy. Z miesiąca na miesiąc coraz więcej czasu spędzały same.  W końcu całymi dniami będą same. Kiedy dorosną zostaną wypuszczone na wolność.

Partnerem mojego wyjazdu na wolontariat w Belize była firma PZU, której pięknie dziękuje za wsparcie.

Dodaj Komentarz